Czarnecki & Bagińska Adwokaci i Radcowie Prawni sp. k.

Strona główna   Kontakt

O kancelarii
Zakres działalności
Adwokaci
Publikacje
Zasady współpracy
Artykuły prasowe
Kontakt

Artykuły prasowe


Dlaczego Polacy mało zarabiają ?

      Kandyduję w wyborach do Sejmu i na spotkaniach z mieszkańcami Garwolina, Siedlec czy Pułtuska na pytanie co jest ich największym problemem nie pada odpowiedź, że służba zdrowia, szkolnictwo czy ochrona środowiska. Okazuje się, że problemem numer jeden są niskie wynagrodzenia, nie tylko mieszkańców Mazowsza, ale całej Polski. Jak to jest, przecież większość Polaków pracuje dużo, ciężko i wydajnie. Dlaczego więc sprzedawczyni w Lidlu w Polsce zarabia średnio 2500 zł, a w Niemczech 2500, ale euro. Dlaczego Polacy mało zarabiają ?

      Amerykanin na pytanie skąd bierze się prąd odpowiada, że „ z gniazdka”. Na pytanie „dlaczego Polacy mało zarabiają’’ opowiedziałby bo „pracodawca mało płaci’’. Prawidłowa odpowiedź jest jednakże dużo bardziej skomplikowana.

      Średnie miesięczne wynagrodzenie Polaka jest trzykrotnie mniejsze od wynagrodzenia Niemca, a średnia emerytura nawet czterokrotnie mniejsza. Co jest tego przyczyną? Z pewnością jednym z powodów jest wysokie opodatkowanie. Polak płaci procentowo i kwotowo więcej podatku dochodowego niż Amerykanin. Oprócz podatku dochodowego Polak płaci VAT 23% - jeden z najwyższych w Europie, gdy tymczasem w USA na Florydzie VAT wynosi 7% , a w Szwajcarii 8%. Do zapłacenia jest jeszcze ZUS – 1500 zł, która to kwota dla pracodawców zatrudniających kilku pracowników, a takich to firm jest najwięcej, stanowi często barierę nie do pokonania. Każdy Polak pracujący w sektorze prywatnym pokrywa ze swojego wynagrodzenia pensje osób zatrudnionych przez państwo i samorząd w tym urzędników, prokuratorów, sędziów świadczących często usługi wątpliwej jakości, za które jak w przypadku sądów dodatkowo musimy płacić w postaci opłat sądowych, kancelaryjnych, czy też rekordowo wysokiej opłaty za ksero (1 zł za stronę). W Polsce 23% ogółu pracujących zatrudnionych jest w sektorze publicznym, a w Niemczech 15%. Największymi pracodawcami są urzędy i instytucje publiczne. (Policja – 100 tys., ZUS – 43 tys.). Wartość produkowanych usług przez pracowników tych instytucji jest równa zeru. Do gigantycznej armii urzędników (700 tys.) należy doliczyć bezrobotnych.

      Pomimo 30 lat kapitalizmu wartość dóbr i usług, które wytwarza Polak w ciągu roku jest trzykrotnie mniejsza niż w Niemczech, a w porównaniu z Amerykanami czterokrotnie niższa. Jaka jest tego przyczyna ? Ponieważ w Polsce produkujemy proste produkty i usługi, na które marże są niskie. Najczęściej montujemy gotowe elementy i wytwarzamy produkty o niskim zaawansowaniu technologicznym. W Polsce nie mamy firmy o zasięgu globalnym, natomiast każdy Polak znajdzie produkty tych firm lub usługi. Nawet proste wydawałoby się produkty jak sprzęt ogrodniczy produkowany i sprzedawany jest przez firmy zagraniczne, a nie polskie. Jak można mówić o innowacyjności polskiej gospodarki, jeśli 580 tys. Polaków po studiach w 2017 r. mieszkało w krajach Unii Europejskiej. Prawdą jest, iż po1989 r. powstało wiele prywatnych szkół wyższych, jednakże nastawionych bardziej na zarabianie niż kształcenie. Znacznie zwiększył się wskaźnik osób z wyższym wykształceniem, ale absolwenci tych wyższych szkół to głównie politolodzy, historycy, specjaliści od marketingu i zarządzania. Najlepsze polskie wyższe uczelnie nie plasują się nawet w rankingu 400 najlepszych uczelni na świecie. Polskie instytuty badawcze nie mają większych osiągnięć. Ilość patentów rejestrowanych w Polsce znacznie odbiega od średniej unijnej. Przedsiębiorcy nie chcą płacić za nowe rozwiązania, a uczelnie nie potrafią ich sprzedać.

      W Polsce na większą skalę produkują głównie firmy zagraniczne, które tu zainwestowały przede wszystkim ze względu na tanią siłę roboczą i dotacje państwowe. Przykładem może być bank inwestycyjny J.P. Morgan Chase, który otrzymał z kasy państwowej dotacje w wysokości 20 milionów złotych. Decyzja polskiego rządu jest o tyle kuriozalna, iż to ten bank wielokrotnie uderzał w interesy polskie rekomendując sprzedaż polskiej waluty i wystawiając polskiej gospodarce fatalne oceny. Niemiecki koncern Daimler AG , w którym Polacy niewolniczo pracowali podczas wojny, na otwarcie swojego zakładu również został wsparty dotacją państwową w wysokości 19 mln euro. Polskie firmy, które miały być traktowane na równi z zagranicznymi nie mogą liczyć na dotacje państwowe. Przykładem może być polska firma Ursus, produkująca ciągniki rolnicze, której polski rząd odmówił pomocy. Za to Państwowa Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości hojnie wsparła kwotą 40 mln zł, tak to niestety nie żart, budowę restauracji przez ( i tu bez ironii) naszą prawdziwą chlubę narodową Roberta Lewandowskiego.

      W Polsce nie ma wielkich prywatnych korporacji inwestujących i czerpiących zyski na całym świecie. Spółki skarbu państwa takie jak Orlen –rafineria w Możejkach – czy też KGHM – inwestycja w Chile, jest dobrym przykładem nieudolności i braku kompetencji nominatów partyjnych w roli menadżerów. Polskie prywatne firmy nie mają niezbędnego kapitału, ani też wsparcia. Od Amerykanów a w szczególności Francuzów długo jeszcze będziemy się uczyć jak państwo dba o interesy firm inwestujących za granicą. Polacy najzwyczajniej w świecie nie mają kapitału i nic nie wskazuje, że go będą mieć. Wiele firm ma problemy z płynnością, także tych które są notowane na polskiej giełdzie, przeżywającej od 2008 r. poważny kryzys. W szczególności dotyczy to spółek Skarbu Państwa nieudolnie zarządzanych przez przysłowiowych obajtków. Firmy te są drenowane poprzez fikcyjne umowy sponsoringowe, usługi konsultingowe, prawnicze, gigantyczne wynagrodzenia i odprawy, rozpasane fundusze reklamowe, czy też obowiązkową zrzutkę na Polską Fundację Narodową, z której pieniądze wypływają do stowarzyszeń dobrze żyjących z władzą.

      Polska pomimo 15 lat obecności w Unii Europejskiej należy wciąż do jednych z najbiedniejszych krajów w Europie. Dwie wojny światowe spowodowały, że Polacy nie mieli szans na gromadzenie majątku, a często tracili to co udało się zdobyć z tak wielkim trudem. Jeszcze wcześniej Polska doświadczyła potopu szwedzkiego. Jego katastrofalne skutki porównywalne tylko z gehenną drugiej wojny światowe to gigantyczne zniszczenia, rabunek dóbr materialnych i kulturalnych, znaczne straty w ludności. Z dziesięciu milionów mieszkańców przeżyło sześć. Za wojną nadciągnęła zaraza. 123 lat zaborów to zapaść gospodarcza Polski, której skutki odczuwalne są do dziś. Przemarsze wojsk napoleońskich i nakładane kontrybucje, jak w przypadku Śląska doprowadziły do jego katastrofy gospodarczej.

      Po 1989 r. miała miejsce prywatyzacja majątku państwowego i uwłaszczenie nomenklatury. Dla maluczkich był Program Powszechnej Prywatyzacji, który miał uczynić z Polaków kapitalistów, a który zakończył się kompletną klapą. Narodowe Fundusze Inwestycyjne rozwiązano w 2005 r. Co stało się z ich majątkiem? Kto go przejął? Reforma emerytalna, słynne OFE, jedna z trzech reform za czasów rządów premiera Buzka to, kolejny przykład wyprowadzania z Polski majątku Polaków.

      Od 1989 r. Polska podlega stałej dezindustrializacji. Zniszczone zostały i to nie przez okupanta całe gałęzie przemysłu tak mozolnie budowanego po 1945, a przecież mieliśmy na dobrym technicznym poziomie przemysł stoczniowy, maszynowy, chemiczny, hutniczy, przemysł lekki, instytuty badawcze z dobrze wykształconą kadrą inżynierską. Po 1989 r. Polsce narzucono, a nasze elity polityczne się na to zgodziły, neoliberalny model gospodarki. Polska otworzyła bez okresu ochronnego dla polskich firm (tak jak to miało miejsce chociażby w przypadku Korei Południowej) swój duży 40 milionowy rynek konsumentów. Zagraniczni inwestorzy za ułamek ceny przejmowali polskie państwowe firmy często tylko po to, aby je następnie zamknąć likwidując w ten sposób konkurencję. W tym samym czasie polskie firmy dławione były osławionym popiwkiem tj. podatkiem od wzrostu wynagrodzeń. Wprowadzono sztywny kurs wymiany dolara niezwykle korzystny dla inwestorów zagranicznych, którzy wymieniali dolary po stałym kursie, a następnie umieszczali pieniądze w bankach na wysoko oprocentowanych lokatach, po roku odbierając ze 100 proc. zyskiem. Do 2004 r. przedstawiciele firm zagranicznych mogli wręczać łapówki w Polsce bez ponoszenia odpowiedzialności we własnym kraj za to z możliwością dopisania ich do kosztów uzyskania przychodów. Polska była traktowana przez inwestorów zachodnich tak jak najbardziej skorumpowane kraje Afryki, Azji i Ameryki Południowej. Zorganizowany system korupcji przy czynnym udziale polskich oligarchów oraz służb specjalnych miał gwarantować jak najszybsze skolonizowanie gospodarcze Polski. Obecnie w Polsce 80% banków jest w posiadaniu inwestorów zagranicznych. Największe sieci handlowe to także domena zagranicy. Media (gazety, radio, telewizja, portale internetowe) w zdecydowanej większości to nie polski kapitał. Nawet wywóz śmieci i odpadów w dużych i średnich miastach zmonopolizowany jest przez firmy zagraniczne, które często nie do końca uczciwie transferują zyski do swoich krajów.

      Najważniejsze gałęzie polskiej gospodarki są w posiadaniu inwestorów zagranicznych, bądź polskich oligarchów. Żaden z nich nie zbudował swojej firmy od podstaw. Najczęściej przejmował majątek państwowy, bądź tak ja w przypadku firmy Optimus doprowadzał do jej przejęcia przy pomocy aparatu państwowego. Taka postawa doprowadziła do drenażu resztek polskiej konkurencyjności oraz spowodowała rozwarstwienie Polaków na niespotykaną skalę. To polskiemu premierowi Janowi Krzysztofowi Bieleckiemu przypisuje się słowa, iż „pierwszy milion trzeba ukraść, potem zostaje się działający legalnie przedsiębiorcą”.

      Polscy oligarchowie doskonale potrafili się dopasować do systemu nieformalnych powiązań pasożytujących na zasobach publicznych . Klientelizm rozszerzył się na skalę niespotykaną w krajach zachodnich, obejmując polskich oligarchów, firmy zagraniczne, a często grupy przestępcze. Ich działanie nie było by możliwe na co wskazuje choćby afera z podatkiem VAT, bez udziału polityków i to na najwyższym szczeblu. Klientelizm w Polsce ma się doskonale także z uwagi na słabość instytucji państwowych („państwo teoretyczne”), a w szczególności wymiaru sprawiedliwości tj. prokuratury i sądów. Słabość świadomie utrzymywana przez wszystkie rządzące ekipy. Dzięki temu w Polsce można było i nadal można robić gigantyczne interesy nie mając kapitału ani wiedzy, wystarczy licencja na bezkarność. Przykłady ? Fozz, Amber Gold, Get Back, Art –B, Colloseum, WAG, reprywatyzacja nieruchomości warszawskich. Prawdziwi sprawcy tych afer nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności karnej.

      Odpowiedź na pytanie dlaczego Polacy mało zarabiają jest skomplikowana. Jeszcze trudniejsza jest odpowiedź co zrobić, aby to zmienić, ale o tym w następnym artykule.


Marek Czarnecki
adwokat, były poseł do Parlamentu Europejskiego oraz wojewoda bialsko-podlaski


Chapeau-bas Panie Rulewski !

     Senator Jan Rulewski zapowiedział, że rozstaje się z Platformą Obywatelską, gdyż nie do za akceptowania dla niego jest zawarcie przez PO kolacji z SLD na wybory europejskie. W tym zachowaniu nie byłoby nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że jedynie Jan Rulewski zdobył się na odwagę jednoznacznego sprzeciwu wobec decyzji PO pójścia do PE , a także do Sejmu wspólnie z SLD. Byłem przekonany, a może zbyt naiwny, iż ta kontrowersyjna decyzji PO spotka się z dezaprobatą, jeśli nie większości to przynajmniej części członków PO. Wprost przeciwnie, odnoszę wrażenie, że działacze i sympatycy PO są wręcz zachwyceni genialnością strategii PO polegającej na zbudowaniu szerokiej koalicji wspólnie z SLD, bo udział w niej PSL, można jeszcze wytłumaczyć, aczkolwiek jest to zadanie dość karkołomne. Wygranie najbliższych wyborów za wszelką cenę stało się dla PO ważniejsze niż wartości na które bardzo często się powołuje. PO zapomniała, że żyją jeszcze ludzie, którzy byli prześladowani w PRL, ale żyją i znakomicie funkcjonują także ci, którzy czerpali profity z przynależności do PZPR i nadal zajmują bez względu na to kto aktualnie rządzi, uprzywilejowaną pozycję. Kilku z nich, jako tzw. „ kandydaci demokratyczni” kandydują do PE. Rozumiem doskonale, jak się czuje Jan Rulewski, gdy dowiaduje się, że z jego okręgu w wyborach europejskich będzie kandydował Janusz Zemke, który gdy wybuchł strajk w marcu 1981 r. w Bydgoszczy jako sekretarz propagandy KW PZPR redagował uchwały potępiające Solidarność. Po 1989 r. Janusz Zemke nigdy nie zdobył się na elementarną uczciwość wykonania pojednawczych gestów wobec Solidarności, a teraz Jan Rulewski ma czynnie pomagać w odnowieniu mandatu panu Januszowi Zemke, roznosić jego ulotki, rozklejać jego plakaty, zachwalając jednocześnie jego kandydaturę. Do takich zachowań został zmuszony Jan Rulewski przez PO, która nie dostrzega niczego niestosownego w promowaniu konformizmu i zamazywaniu historii. Inni „ wybitni kandydaci demokratyczni” tacy jak Leszek Miller, Marek Belka i Włodzimierz Cimoszewicz w czasach, kiedy większość Polaków pozbawiona była możliwości awansu zawodowego, ci panowie świetnie funkcjonowali czerpiąc różnorodne profity. Nie uważam siebie za osobę szczególnie pokrzywdzoną przez ówczesny system, ale doskonale pamiętam, a były to lata 80, iż nie wszyscy mogli wyjeżdżać na stypendia zagraniczne, jeśli w ogóle mogli wyjeżdżać za granicę. Wystarczyło mieć tak jak w moim przypadku wujka w Anglii, który czasie wojny walczył w armii Andersa, a wyjazd na stypendium zagraniczne stawał się niemożliwy. Pamiętam również, iż pomimo zdanego egzaminu sędziowskiego, zatrudnienie w sądzie na stanowisku sędziego wiązało się ze wstąpieniem do partii. Dlatego też rozumiem Jana Rulewskiego, natomiast PO za wygranie wyborów za wszelką cenę, mam nadzieje poniesie karę. Zapewne wówczas nagle znajdą się „odważni” członkowie tej partii, jak np. pan Michał Boni, który za złe Platformie nie miał tego, że wspólnie w wyborach startuje z SLD, tylko dalsze miejsce na liście do PE. Ale czy można się dziwić panu Boniemu?


Marek Czarnecki
adwokat, były poseł do Parlamentu Europejskiego oraz wojewoda bialsko-podlaski



Donald, jak ty mnie imponujesz !

     Do Polski zawitał Donald Tusk- przewodniczący Rady Europejskiej, z zamiarem wygłoszenia wykładu w Audytorium Maximum na Uniwersytecie Warszawskim. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie występ poprzedzający wykład Donalda Tuska. Jako tzw. „ suport”- przypomnę, iż to słowo oznacza w potocznym pojęciu „zespoły lub solistów występujących przed występem właściwej osoby rozgrzewającej widownię, wypełniając czas pozostały do głównego występu” - wystąpił mało znany „artysta” Leszek Jażdżewski i trzeba mu przyznać, że spisał się znakomicie. Rozgrzał widownie do czerwoności, a oklaskom nie było końca. Czym sobie zasłużył na tak gorące przyjęcie ze strony naszej elity - byłego premiera i marszałka sejmu, ministrów poprzedniego rządu, rektora jednej z największych polskich uczelni jaką jest niewątpliwie UW. W wykładzie uczestniczyli także przedstawiciele duchowieństwa, dziennikarze, artyści, sędziowie i oczywiście studenci, nasza przyszłość, którzy szczególnie entuzjastycznie nagrodzili oklaskami, ale tu zaskoczenie, nie naszą gwiazdę - prezydenta Europy, tylko pana Leszka Jażdżewskiego, którego fundacja „Liberte” była współorganizatorem wykładu. Nie będę przytaczał głównych tez wystąpienia tego pana, gdyż nie są tego warte. Porównanie polskiego Kościoła do „ tarzającej się w błocie świni” to jedno z tych określeń, które wzbudziło szczególny aplauz zebranej elity. W pewnej chwili słuchając wykładu pana Jażdżewskiego poczułem się jakby ktoś mi napluł w twarz, będąc jednocześnie przekonanym, że na sali znajdzie się przynajmniej jedna osoba, a na pewno ksiądz Kazimierz Sowa, która głośno zaprotestuje, gdyż poczuje się tak samo obrażona jak ja przed telewizorem. Niezależnie bowiem od oceny polskiego Kościoła wydawało mi się, że w kraju w którym 95 % obywateli przyznaje się do katolicyzmu, gdzie elementarne przywiązanie do Kościoła, jego dziedzictwa i niewątpliwych zasług jest czymś co Polaków zawsze łączyło, wystąpienie pana Jażdżewskiego spotka się z natychmiastową reakcją. Przecierając oczy ze zdumienia zobaczyłem ludzi bijących brawo z zachwytem malującym się na ich twarzach. Próbowałem sobie tłumaczyć, że być może zadziałał efekt zaskoczenia i za chwilę stanie się to co wydawało się oczywiste. Na scenie pojawi się on – Donald Tusk prezydent Europy, nadzieja wielu Polaków i jednoznacznie odetnie się od występu pana Jażdżewskiego. Nic z tych rzeczy. Wówczas zrozumiałem, że przecież nie jest to możliwe, aby wystąpienie poprzedzające wykład tak ważnej osoby jaką niewątpliwie pozostaje Donald Tusk nie było z nim konsultowane. Na coś takiego nie pozwoliłby sobie nawet podrzędny polityk. Pan Jażdżewski powiedział to czego nie wypada powiedzieć przewodniczącemu Rady Europejskiej, który jest zbyt doświadczonym politykiem by pójść na takie ryzyko. Donald Tusk użył Jażdżewskiego dokładnie tak jak kiedyś posługiwał się Januszem Palikotem do mówienia rzeczy, których obwiał się powiedzieć zdając sobie sprawę, że może stracić w sondażach popularności. Wystąpienie Jażdżewskiego było w sposób przemyślany zaplanowane i to jest mój największy zarzut wobec Donalda Tuska. Ale czy można było spodziewać się czegoś innego? Donald Tusk kolejny raz udowadnia, że nie ma cech nie tylko męża stanu, ale polityka na którym można by polegać w trudnych czasach. Nigdy nie zrozumiem zachowania działaczy i członków PO, swoistego masochizmu, których większość nadal jest zachwycona jego osobą w sytuacji, gdy przypomnę, że w 2014 r. porzucił PO rezygnując z funkcji premiera i wybierając stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej. Tusk do ostatniej chwili ukrywał przed Polakami chęć objęcia nowego stanowiska twierdząc, że nigdzie się nie wybiera. Rezygnując z funkcji premiera w najtrudniejszym okresie dla PO, opuścił Polskę uciekając przed kolejnymi aferami. Zachował się jak ktoś kto porzuca rodzinę, żonę, dzieci, wybierając zagranicą większe pieniądze, młodszą żonę i zapominając o dzieciach. Tak postępuje mąż stanu, premier średniej wielkości państwa europejskiego? Nie do pomyślenia jest, aby jakikolwiek poważny polityk europejski w taki sposób się zachował. Nie do zaakceptowania byłaby taka wolta w wykonaniu premiera Francji, Włoch, Hiszpanii, czy też kanclerza Niemiec. Polityk, który zachowałby się tak jak Donald Tusk skazany byłby na banicję we własnym kraju, a jego partia wyrzuciłaby go z hukiem z własny szeregów. Jestem za tym, aby Polacy obejmowali najwyższe stanowiska w Europie i na świecie. Będąc w PE zawsze głosowałem, wprawdzie nieraz z zaciśniętymi zębami na Polaków, którzy mieli szansę objąć ważne stanowisko w strukturach UE, ale nie do zaakceptowania przeze mnie, a mam nadzieje, że także przez wielu Polaków jest decyzja Tuska, który w trakcie kadencji porzuca stare zabawki wybierając nowe i jeszcze wmawia mi się, że mam być z niego dumny, bo to przecież nasz człowiek. Nie byłem i nie będę dumny abstrahując już od faktu, że Donald Tusk nie wykorzystał szansy, którą mu dano. Kończąc swoją misję zostawia UE w stanie dużo gorszym niż zastał. Kryzys imigracyjny, stosunki z Rosją i Ameryką, brexit, ciągłe jątrzenie w Polsce to jego bilans zasług. Nadchodzą trudne czasy. Polsce potrzebni są mężowie stanu, ale nawet garnitur od Zegny, czy też umiejętność czytania przemówień po angielsku, bądź też sprawne posługiwanie się cytatami mędrców tego świata, to sorry Donald – stanowczo za mało.


Marek Czarnecki
adwokat, były poseł do Parlamentu Europejskiego oraz wojewoda bialsko-podlaski



Mądry Francuz po szkodzie

     We Francji rewolucja. „Żółte kamizelki” – protestujący od października w każdą sobotę Francuzi – zażądali likwidacji ENA – Ecole national d´ administration tj. Narodowej Szkoły Administracji – chluby Francji kształcącej elity francuskie od 1945 r. Wszyscy prezydenci Francji z wyjątkiem Mitteranda (za jego młodości ENA nie istniała) oraz Sarkoziego, który mówiąc oględnie nie spełniał warunków, aby być przyjętym w jej poczet – to absolwenci tej szacownej uczelni.

     Prezydent Francji Emmanuel Macron, a także wielu wybitnych przedstawicieli elity francuskiej uznało to żądanie za słuszne. Uczelnie kształcącą „arystokrację demokracji” uznano za passé, gdyż jej absolwenci jak wyraził się prezydent Macron po zdaniu egzaminów uzyskują pewność zatrudnienia na całe życie i to na najwyższych stanowiskach. Inny argument, który ma przemawiać za zlikwidowaniem tej instytucji to całkowite oderwanie jej absolwentów od realnego życia Francuzów, ich arogancja wynikająca z faktu, że często 26 latkowie, wybitnie zdolni, ale bez żadnego doświadczenia i wiedzy w konkretnej dziedzinie obejmują wysokie stanowiska państwowe wymagające najwyższej odpowiedzialności.

     Aby dojść do wniosku, że uczelnia kształcąca elity jest zbyteczna zajęło Francuzom kilkadziesiąt lat, a osobiście prezydentowi Macronowi kilka miesięcy żmudnych i wyczerpujących konsultacji z obywatelami Francji. Narzuca się wprost pytanie – i po co to Francuzom było? Wystarczyło przecież uważniej śledzić wydarzenia w Polsce, a nigdy takiego błędu by nie popełnili. My w Polsce nie potrzebujemy żadnej uczelni kształcącej elity, której absolwenci obejmowaliby najwyższe stanowiska w polityce, administracji, dyplomacji, czy też państwowych spółkach. My stworzyliśmy perfekcyjny system pod nazwą „Obajtek”. Cóż to takiego jest? Otóż w Polsce, aby dostać się do tej upragnionej elity trzeba spełnić kilka warunków: po pierwsze- należy oczywiście ukończyć wyższe studia – dobrze jest postrzegane uprzednie ukończenie szkoły rolniczej – trzeba bowiem trzymać się blisko ziemi w przeciwnym wypadku człowiek staje się arogancki. Wyższe studia najlepiej ukończyć zaocznie, bo studia stacjonarne to przecież strata czasu. Uczelnia powinna być najlepiej lokalna, taki nasz polski Oxford i ten warunek spełnia Prywatna Wyższa Szkoła Ochrony Środowiska w Radomiu. Należy oczywiście po ukończonych studiach zdobyć niezbędne doświadczenie np. znakomitą szkołą predestynującą do objęcia w przyszłości najwyższych stanowisk jest stanowisko wójta w Pcimiu. To wszystko jednak za mało – od przyszłego członka elity należy znacznie więcej wymagać. Aby znaleźć się w przyszłości w elicie świata biznesu należy odbyć przyspieszony kurs z prawa i ekonomii – zalecaną w tym przypadku szkołą jest uczestnictwo i to koniecznie czynne w postępowaniach karnych, w których należy brać udział co najmniej w charakterze podejrzanego. Postępowania karne najlepiej gdyby dotyczyły działania w zorganizowanej grupie przestępczej, wymuszeń rozbójniczych i zwrotu wierzytelności, a także oczywiście przyjmowania łapówek. Znajomość języków obcych jest zbytnim obciążeniem i przejawem poddania się imperializmowi kulturowemu. Poza tym pełnienie wysokiej funkcji wymaga przecież obecności tłumacza dla podkreślenia ważności zajmowanej pozycji. Spełniwszy powyższe warunki stajemy się wreszcie upragnioną elitą. Czas więc zacząć prawdziwą karierę. Pierwsze kroki można skierować, co jest dobrze widziane, do państwowej instytucji, np.

     Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, bo przecież dla członka elity pieniądze nie są najważniejsze. Jednakże nie należy zbytnio tracić czasu, bo członek elity mimo wszystko nie może otrzymywać wynagrodzenia, za które zgodnie z powiedzeniem naszej chluby europejskiej pani komisarz Elżbiety Bieńkowskiej pracuje tylko idiota albo złodziej. Stąd też po kilku miesiącach wyczerpującej harówki na państwowym awans do jednego z czterech największych koncernów grupy energetycznej tj. spółki Energa jest oczywisty i w pełni zasłużony. Ale nie na długo, albowiem koroną kariery menadżerskiej każdego polskiego biznesmena jest Orlen, bo przecież tylko tam można będzie w pełni wykorzystać doświadczenie zdobyte pełniąc funkcję wójta gminy Pcim oraz wyższe wykształcenie tak mozolnie zdobyte, bo dopiero w wieku dopiero 38 lat i to nie na byle jakiejś państwowej uczelni, tylko w Prywatnej Wyższej Szkole Ochrony Środowiska w Radomiu.

     W czerwcu tego roku z wizytą oficjalną przyjeżdża do Polski prezydent Francji Emmanuel Macron, oczywiście absolwent ENA. Być może będzie miał możliwość jak to często bywa przy okazji tego rodzaju wizyt, spotkać się z przedstawicielami polskiej elity świata polityki, kultury i biznesu. Na takim spotkaniu nie może oczywiście zabraknąć naszej gwiazdy, o której były rzecznik klubu parlamentarnego PIS Adam Hofman wyraził się, iż „to jest po prostu genialny człowiek, to jest doktor Judym naszej polityki”. Mam taką cichą nadzieję, że podczas spotkania z prezydentem Francji, pierwszej córy kościoła, pierwszej córy rewolucji, kraju który pokazuje światu drogę, który uważa się za gwiazdę, nasza gwiazda wytłumaczy panu prezydentowi, oczywiście przy pomocy tłumacza, wyższość systemu „Obajtek” nad francuską Narodową Szkołą Administracji.


Marek Czarnecki
adwokat, były poseł do Parlamentu Europejskiego oraz wojewoda bialsko-podlaski